Jednym z moich pierwszych testów asertywności była wizyta na poczcie. Miało to miejsce w zeszły piątek, sytuacji do opisania mam co najmniej kilka, ale jestem pod tak dużym wrażeniem tych wydarzeń, że wrzucam jako swój inauguracyjny post 🙂

Przyznaję, że odkąd jestem w ciąży (i czuję się nie tak dobrze, jak to było dobrych kilka lat temu – dziękuję za doświadczenie wczesnego macierzyństwa, o czym pewnie nieraz jeszcze tu wspomnę :)) unikam wielkopowierzchniowych sklepów oraz miejsc, gdzie może być dużo ludzi. Na pewno jednym z takich miejsc jest właśnie poczta. Ale zaraz, zaraz… piątek, godzina 14, ludzie teoretycznie jeszcze w pracy, może nie będzie tak źle? Nic bardziej mylnego! Kolejka zawijała ślimaka (czemu Ci ludzie nie są w pracy???) w moim małym oddziale pocztowym i mimo że dwie panie były za ladą, to tylko jedno okienko było otwarte.

Małe wtrącenie – absolutnie nie krytykuję pań na poczcie, odwiedzam je dość regularnie i wiem, a w zasadzie czuję, jaką mają ciężką pracę. Nieraz podkreślały mimo nieprzyjemnych uwag z tłumu, że takie mają realia, że wszelkie procedury narzuca tzw. „centrala”, a one jak mróweczki się uwijają by choć trochę ulżyć w bólach wszystkim cierpiętnikom zza okienka. Pozdrawiam je serdecznie 🙂

Pech chciał, że tego dnia spieszyłam się po córkę (jak zwykle za późno wyszłam :/), ale oszacowałam, widząc, że większość osób ma w ręku awizo, że zdążę! Ale chwileczkę… przecież to nie jest dla mnie kolejna, zwykła wizyta na poczcie. Ta wizyta jest niezwykła, ponieważ jestem w ciąży! Mimo wszystko tego dnia czułam się dość dobrze, a obiecałam sobie, że asertywną będę, kiedy będę nią musiała być (czyli będę czuła się źle). No dobra – ja nie poproszę, ale może ktoś się zlituję (w końcu spieszę się po córkę :)), więc przyszedł czas na test znaczka i brzucha. Rozpinam zatem kurtkę, wypinam brzuch, nawet zaczynam się po nim głaskać, aby nikt nie miał wątpliwości, choć zdaję sobie sprawę, że to dopiero 16 tydzień i brzuch przypomina porządne wzdęcie 🙂 Znaczek, który noszę dumnie na torebce ustawiam tak, aby wszyscy go widzieli, odwracam się en face do tłumu i… NIC! Hmmm

Nagle na pocztę wchodzi kolejna ciężarna, staje za mną i nagle asertywność wraca! Ale nie wobec mnie, tylko wobec drugiej osoby, więc mówię: „Bardzo chętnie bym panią przepuściła, ale sama jestem w ciąży i stoję na końcu, jednak proszę zapytać z przodu może ktoś panią przepuści”. Ciężarna klienta niewiele myśląc podchodzi pierwsza do okienka, pyta kolejną osobę w kolejce (młoda matka z dzieckiem – oczywiście, że się zgodziła!) i od ręki załatwia swoją sprawę. Btw. również było to awizo 😉

Poczułam się dobrze, mnie nikt nie przepuścił, ale jest nadzieja w narodzie… nagle słyszę w tłumie głos, który zdecydowanie psuje moje dobre samopoczucie: „Takie teraz wszystko to delikatne”. Nie wytrzymałam (wewnętrznie), uśmiechnęłam się i powiedziałam: „To bardzo dobrze, że pani korzysta z przywilejów, które jej się należą”. No i usłyszałam coś czego nigdy bym się nie spodziewała: „Szkoda, że ciężarne tak źle się odżywiają i jedzą same hot-dogi”(?!?!?!). I co tu odpowiedzieć, może, że ja nie jem hot-dogów (ale czemu mam się tłumaczyć?), więc zasugerowałam, aby pani, jeśli jest ciekawa, zapytała drugą ciężarną klientkę, czy ona je hot-dogi, bo ja tego nie wiem. Niestety moja rozmówczyni chyba nie miała na to ochoty, więc tylko wymieniłyśmy się uśmiechem, który trochę rozładował te negatywne emocje.

Niestety w regulamienie Poczty Polskiej nie ma słowa o grupach uprzywilejowanych, o kobietach w ciąży, panie za okienkami nie są w stanie nawet zareagować, nie widzą, mają ręce pełne roboty. Zdecydowanie pobyt na poczcie to wielki test asertywności dla ciężarnej, a życzliwości dla pozostałych klientów. Tym razem uznaję, że został odniesiony połowiczny sukces. Ciekawe jak będzie kolejnym razem?

No i nie mogę nie zapytać – naprawdę jecie hot-dogi? 🙂

Autor artykułu

copyright © 2015-2017 jestemwdrodze.pl, korzystanie z serwisu oznacza akceptację regulaminu.