Poniedziałek 8 rano, pilnie potrzebowałam wysłać polecony. Zachodzę, kolejka do samych drzwi (wypłata zasiłków z MOPS), mówię do męża idź do samochodu bo mi tu zejdzie… No i grzecznie stanęłam w kolejce. Znaczek na nic się zdał, albo nie widzieli albo nie chcieli widzieć (albo 200 zł z MOPSU było na tyle ważne by po prostu to  olać). Ja też się nie wychylałam, w końcu to koniec I trymestru i tak nic nie widać (powiedzą że zmyślam?). Pod koniec kolejki kiedy już byłam druga do okienka, czułam, że świat zaczął wirować, wyciągnęłam telefon i zadzwoniłam po męża póki byłam w stanie, Pani w okienku na moją prośbę by tylko wzięła skasowała za ten list zareagowała, że nie teraz, proszę poczekać (liczyła razem z panem przede mną sporą sumę pieniędzy). Więc kiedy się odsunęłam od okienka czując już, że zaraz stracę grunt pod nogami Pani nagle na mnie spojrzała krzycząc do koleżanki, że zaraz zemdleję… Wparował mąż zaskoczony skąd taka afera i wtedy zaczęłam odpływać… Na stwierdzenie, że jestem w ciąży i wystarczyło skasować ten głupi list zanim klient policzył pieniądze. Zrobiło się wkoło mnie gorąco, woda, jakieś jedzenie nawet przyniosła, okno na oścież i wachlowanie… List został wysłany w trybie ekspresowym… Szkoda, że po fakcie…

Tym razem odpuściłam prośbę o pomoc, może to był błąd, może i bym nie zemdlała gdybym powiedziała, że kiepsko się czuje, że jestem w ciąży…

Autor artykułu

copyright © 2015-2017 jestemwdrodze.pl, korzystanie z serwisu oznacza akceptację regulaminu.